You are currently viewing Mądrzejsza o tydzień #2, #3 i #4. O tym, dlaczego nuda i frustracja to świetne prezenty dla naszych dzieci.

Mądrzejsza o tydzień #2, #3 i #4. O tym, dlaczego nuda i frustracja to świetne prezenty dla naszych dzieci.

Przydarzyły mi się wczoraj dwie rzeczy:
1. Ktoś mi zwrócił uwagę, że niby taka ze mnie matka skupiona na dzieciach, a zabieram pięciolatkę do McDonalda.
2. Ktoś inny zapytał Roberta, jakie znamy kreatywne zabawy dla dzieci, bo siedzi ze swoim na kwarantannie, i skończyły mu się pomysły.

Najważniejsze, to się nie spinać. Stawianie sobie i dzieciom wygórowanych wymagań nie prowadzi do niczego dobrego. Sama odkryłam to niestety zbyt późno. Przez lata ze starszakami, poddawana presji otoczenia, żyłam wyrzutami sumienia. Szczególnie nauczyciele nie byli w stanie tego zrozumieć, że nie karałam dzieci za jedynki w szkole, pomagałam tylko tyle, ile było to konieczne, i bardziej doceniałam sam fakt starania się, niż efekty.

Był okres kiedy biczowałam się za dietę Gabi (że skończy z cukrzycą, otyłością i setką innych chorób, gdy nie zmuszę jej do jedzenia warzyw), czas, gdy wyrzucałam sobie, że skoro specjaliści nie są w stanie poprawnie zdiagnozować Pitera, to ja powinnam zrobić co najmniej doktorat z medycyny. Zamiast zaakceptować fakt, że on zwyczajnie woli spędzać czas sam, bo przy niezdiagnozowanym ADHD, każdy bodziec płynący z otoczenia jest dla niego trudny, zamartwiałam się, jak go zsocjalizować. Że ze względu na kompletnie różne style wychowawcze z Eksem, moje dzieci się pogubią w wartościach, a ja nie będę im w stanie przekazać, że pieniądze i wygląd to rzeczy, które wcale nie zapewniają szczęścia, a wręcz odwrotnie – są źródłem wielu dramatów.
Okazało się, że Gabi sama od siebie zaczęła ostatnio próbować nowości, znalazła swój sposób na warzywa (zupy kremy), podążając za rówieśnikami, zaczęła kupować sobie sałatki.

Piter, chociaż większość czasu siedzi zamknięty w pokoju, ma fantastycznych znajomych z całego świata. To zresztą jest coś niesamowitego, jak funkcjonuje taka paczka. Dzięki temu moje dziecko na co dzień ćwiczy angielski, bo właściwie najwięcej w tym języku rozmawia. Poznaje środowisko w jakim żyją inni nastolatkowie. Wie, dlaczego kolega z Izraela czasami wrzuci hasło: “sorki, mamy alarm bombowy, muszę zejść do schronu; będę za jakiś czas”. Gdy kolega z Turcji, którego rodzice są bardzo religijni (a on nie) nie miał z kim zjeść posiłku w czasie Ramadanu, Piter i reszta umówili się na telekonferencję i wszyscy zamówili sobie w tym czasie pizzę, żeby dotrzymac mu towarzystwa przy posiłku. To się nazywają wartości!

Nie jest już dla mnie problemem, że większość czasu woli być sam. Znaleźliśmy inny sposób na rozmowy i bycie razem.

Po latach niestety jestem w stanie wskazać wiele obszarów, które zawaliłam, jednak zostały one zrekompensowane przez przykład, jaki dawałam swoją postawą. Mało tego, okazuje się, że świadomość błędów i sposób, w jaki sobie z nimi radzę i staram się je naprawiać, ma o wiele większą moc wychowawczą. Trzeba pamiętać, że dzieci przygotowujemy do samodzielnego życia w świecie, w którym doświadczą różnych emocji, różnych sytuacji, znajdą się w różnych środowiskach i nie zawsze będą zrozumiani. Chronienie ich przez całe dzieciństwo przed negatywnymi emocjami, przed nudą, przed zazdrością, że inni mają coś, czego oni nie mają, sprawi, że nie będą na ten świat przygotowani.

Najważniejsze, co można dać młodemu człowiekowi w jego drodze do dorosłości, to poczucie sprawczości, odpowiedzialności za własne życie, ale też wiedzę, że popełniony błąd to nic strasznego oraz umiejętność radzenia sobie z porażkami. To świadomość własnej indywidualności, ale także indywidualności drugiego człowieka. Umiejętność życia w grupie i dopasowywania się do zasad jej funkcjonowania, ale z poszanowaniem granic własnych i innych członków grupy To poczucie bezpieczeństwa, że chociaż nie zawsze jest kolorowo, to mamy siebie wzajemnie i w razie czego skoczymy za sobą w ogień, ale na swoje szczęście każdy z nas powinien pracować sam, bo każdy z nas inaczej to szczęście rozumie.

Najgorsze, co można dziecku zrobić, to chronić je przed porażkami, wyręczać, przenosić na niego swoje kompleksy i niespełnione ambicje. Uzależnić od siebie i nie przygotować do samodzielnego życia. Krytykować jego wybory, gdy wydaje nam się, że nie są właściwe. Zapomnieć, że to, co dla nas oznacza szczęście, może dla niego oznaczać coś zupełnie odwrotnego. Najgorsze, to zapomnieć, że dziecko jest osobnym człowiekiem, że na to, kim się stanie, oprócz nas, ma wpływ sto tysięcy innych czynników. Najgorsze, to obciążyć go odpowiedzialnością za nas, męczyć wyrzutami sumienia (tyle dla ciebie poświęciłam), oczekiwać wdzięczności za wychowanie, wypominać i podkreślać, co się dla niego zrobiło. Może to doprowadzić jedynie do tego, że młody człowiek zacznie na nas i innych ludzi patrzeć przez pryzmat tego, co kto może dla niego zrobić. A to nigdy nie może być podstawą do wartościowania człowieka. Trzeba wygospodarować czas na własne życie i na własne szczęście, aby móc kiedyś puścić dziecko w świat wolno, bez obciążeń i ze świadomością, że może o siebie dbać i nie czuć się egoistą.

I nie zawsze wszystkie zabawy muszą być rozwojowe i kreatywne. Czasem trzeba pozwolić się dziecku ponudzić. Trzeba pozwolić mu na frustrację. Trzeba dopuścić do niego różne bodźce, nawet te, na które reaguje złymi emocjami. To wszystko po to, żeby potrafiło poradzić sobie z nimi w dorosłym życiu. Czasem na obiad w macu można spojrzeć od strony wspólnego wyjścia i dobrej zabawy. Włączenie bajki nie jest niczym złym, gdy nie robimy tego cały czas. My również potrzebujemy oddechu.

Żeby było dobrze, nie może być idealnie 🙂

Na szczęście teraz to wiem i z maluchami powinno pójść łatwiej.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Nie można chronić dziecka przed wszystkimi porażkami, samo musi zrozumieć, że nie wszystko się udaje.

Dodaj komentarz