You are currently viewing Odchudzanie po raz kolejny…

Odchudzanie po raz kolejny…

Post sponsorowany 🙂

– Zważyłam się pierwszy raz od dawna… – rzuciłam wychodząc z łazienki.

– I…? – mruknął pytająco Robert.

– I nie powiem.

– To już koniec naszego małżeństwa? – Robert nawiązał do żartu z naszego ślubu, gdy pytał, czy w dokumentach, które podpisujemy, znajduje się klauzula na temat maksymalnej wagi żony, powyżej której małżeństwo rozwiązuje się z automatu.

– Jeszcze nie. Ale niewiele brakuje.

– Kobieta chudnie, gdy jest zakochana, a tyje, gdy jest szczęśliwa. – odpowiedział mój mąż, a ja już prawie potwierdziłam jego słowa, gdy dodał: – A gdy włącza wycieraczki, to znaczy, że skręca w prawo.

Zazwyczaj w takich momentach biorę głęboki oddech, liczę do trzech i walczę sama ze sobą. Staram się nie zaśmiać, co w tym wypadku było bardzo trudne, bo kilka razy na początku mojej kariery kierowcy pomyliłam wycieraczki z kierunkowskazem. Jak na nowoczesną kobietę przystało, przybrałam minę wyrażającą oburzenie i puściłam mimochodem niewygodną część:

– A jak jest jednocześnie szczęśliwa i zakochana?

– To się wtedy tak szarpie jak ty.

Pół życia byłam na jakiejś diecie. Zaczęłam mając około siedemnastu lat, chociaż moje BMI wynosiło wtedy 18, czyli niewiele brakowało mi do niedowagi. Dlaczego? Bo nie czułam się akceptowana, a moje poczucie własnej wartości niemal nie istniało. Do tego byłam w związku, który był klasycznie przemocowy. Pierwsze, co zrobiłam po rozstaniu, to zjadłam czekoladę.

Jakoś w tamtym czasie byłam w odwiedzinach u mojej cioci. Ciocia, odkąd pamiętam, zmagała się z dodatkowymi kilogramami. Chociaż określenie “zmagała się” jest tu kompletnie nietrafione. Ona miała to gdzieś. Uwielbiała jeździć nad wodę, pływać, biegać po lesie. Chodziła wygodnie ubrana, olewała biustonosz, który jej zdaniem tylko przeszkadzał oddychać. Na jednej z wycieczek nad San, po dosyć długim pływaniu, ciocia położyła się na trawie i podciągając koszulkę, pozwoliła promieniom słońca ogrzać nagą skórę.

– Ach, to jest życie, mówię ci Aniu! – westchnęła. – Lato, rzeka, słońce, zapach trawy i kawa w termosie…

A ja nie potrafiłam rozkoszować się tą chwilą. Popatrzyłam na ten jej za duży według standardów brzuch, rysujące się pod koszulką piersi, pulchne ramiona, i zastanawiałam się, jak ona tak może. Bo gdybym to ja tyle ważyła, to chyba wstydziłabym się wyjść z domu. Kompletnie jej nie rozumiałam.

A dzisiaj? Dzisiaj jestem dokładnie w takim samym momencie życia, w którym wtedy była ona. Mam kompletnie w nosie to, czy podobam się innym, czy nie. Cieszę się słońcem i trawą, akceptuję siebie i czuję się w pełni akceptowana przez męża. Nie obrażam się na żarty z początku wpisu, bo wiem, że jest typem człowieka, który patrzy na całość naszej relacji. Sama często żartuję z jego wieku lub przebytych chorób, chociaż w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej pokonałby mnie w przedbiegach 😉

Czy się nie odchudzam? Niestety znowu się odchudzam. Tym razem jednak z innych pobudek. Tym razem chodzi o zdrowie. Jest ciężko i idzie bardzo opornie. Lata diet doprowadziły mnie do szeregu zaburzeń metabolicznych. Dodatkowo mam problemy z tarczycą i hiperinsulinemię. Aktualnie – zgodnie z zaleceniami mojej endokrynolog – jestem w trakcie kuracji odchudzającej lekiem Saxenda. Waga spada bardzo powoli, chociaż prawie nie jem.

Na czym polega działanie leku? Substancja czynna w nim zawarta jest bardzo podobna do hormonu regulującego uczucie sytości. Zastrzyki, które trzeba sobie codziennie zrobić, sprawiają, że nie czuje się głodu, a po dwóch kęsach czegokolwiek ma się wrażenie, że brzuch za chwilę pęknie z przejedzenia. Waga spada około pół kilograma tygodniowo, natomiast czuję się potwornie osłabiona. Nie mam na nic siły, ciężko mi się skoncentrować, bardzo łatwo się niecierpliwię. Muszę skonsultować dalsze stosowanie leku na kolejnej wizycie. Zanim jednak zrezygnuję, mam zamiar podreperować się suplementami diety, zresztą zgodnie z ustaleniami z endo. Teraz z pewnością nie dostarczam organizmowi wszystkich potrzebnych składników. Wybrałam póki co leki apteczne, jednak kolejne będą suplementy diety Nutricode. Mają tam fajne zestawy zawierające wszystko, co powinnam zażywać. Dam Wam niedługo znać, jak mi idzie i co powiedział lekarz.

I tak serio, to gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze dziesięć lat temu, co myślę o ludziach zmagających się z nadwagą, to uznawałabym ich za leniwych. Myślałam, że to przecież nie problem przejść na dietę i schudnąć. Potrafiłam zrzucić pięć kilogramów w tydzień. Teraz jest to bardzo trudne. Zaburzony metabolizm jest odpowiedzialny za to, że waga spada bardzo powoli. Przed rozpoczęciem leczenia dopadały mnie ataki wilczego głodu spowodowane wahaniami poziomu glukozy. Nie chcąc się opychać kładłam się spać ze ssaniem w żołądku i długo nie mogłam zasnąć. Proces jest potwornie trudny i gdyby nie czające się nade mną widmo cukrzycy, wolałabym po prostu mieć te dodatkowe kilogramy. Cieszyć się życiem, słońcem, trawą i szokować pogubione nastolatki 😉

Dodaj komentarz