You are currently viewing Niech ktoś zabierze ode mnie te dzieci!

Niech ktoś zabierze ode mnie te dzieci!

– Pani Aniu, miała pani kiedyś kroplówkę z potasu? – zapytała mnie pielęgniarka kilka godzin po tym, gdy karetka przywiozła mnie na SOR z ciśnieniem 210/110 niereagującym na leki.

– Nie, a dlaczego pani pyta? – wiedziałam, że coś jest na rzeczy, skoro zamiast po prostu podpiąć mi tę kroplówkę, babka najpierw pyta.

– Bo ona jest dosyć nieprzyjemna. Niektórzy pacjenci nie czują nic, ale dla niektórych jest nie do wytrzymania. Ustawię pani normalne tempo. Gdyby było źle, to odłączymy na chwilę, albo zwolnimy.

– A jak długo to potrwa? – zapytałam, bo bardzo chciałam, żeby wszystko się już wyjaśniło. Chciałam wiedzieć, czy mogę wrócić do domu, w końcu został nam jeden dzień do wyjazdu na wakacje, czy może chcą zostawić mnie w szpitalu. Kroplówka okazała się do wytrzymania, po jej podaniu wróciłam do domu.

Wielodzietność to wcale nie łatwa droga życiowa. A wielodzietność plus patchwork, to istny rollercoaster. Uodporniłam się już na pejoratywne określenia, które słyszę pod swoim adresem. Zresztą nie o tym chcę dzisiaj napisać. Decyzja o kolejnych dzieciach w moim wieku wiązała się z mocnym nadszarpnięciem zdrowia. Łykam codziennie całkiem niezły zestaw tabletek, pomimo że ani nie prowadzę siedzącego trybu życia, ani nie unikam warzyw. A największy problem mam ostatnio z tym głupim potasem. Niedobór potasu, oprócz bardzo poważnych zaburzeń pracy serca, powoduje też nerwowość, stany depresyjne oraz lękowe.

To jest niesamowite, jak bardzo hormony, enzymy czy niedobory pierwiastków mają wpływ na funkcjonowanie naszego mózgu, na nasze samopoczucie czy emocje. Z drugiej strony niesamowite jest, jak duży wpływ sami potrafimy na mózg wywrzeć, gdy mamy świadomość, skąd bierze się problem.

Każde kolejne dziecko w domu dostarcza nowej dawki emocji, nowych radości, ale też nowych problemów. To nie jest tak, że jak znajdziesz jakieś rozwiązanie, które świetnie sprawdza się z jednym dzieckiem, to będzie ono działać na drugie. Każde dziecko jest osobnym człowiekiem, ma inne potrzeby, inne pragnienia, inną wrażliwość i kompletnie inaczej reaguje w różnych sytuacjach. Traktowanie dzieci w ten sam sposób byłoby wobec nich niesprawiedliwe. Traktowanie ich w różny sposób może przez nich zostać odebrane jako niesprawiedliwość. W rodzinie wielodzietnej czasem trzeba iść na żywioł. Zdarza się, że utarte szlaki zawodzą, problemy nawarstwiają i skupiamy się na gaszeniu pożarów tam, gdzie właśnie występują. W rodzinie patchworkowej dochodzi problem relacji (zazdrości i frustracji starszych dzieci z powodu pojawienia się młodszych) dużo większy, niż w tradycyjnym modelu rodziny.

Takie były nasze ostatnie dwa tygodnie. Choroba Poli, która dostarczała naprawdę wielkich emocji i strachu. Praca Roberta. Animacje, które musiałam zrobić, bo nie odmawia się klientowi kilka dni przed terminem. Siedziałam nad nimi do pierwszej w nocy przez kilka dni. Właściwie siedziałam do pierwszego płaczu Poli. Potem podawałam jej środek przeciwgorączkowy i spałam do kolejnego płaczu. Praca na swoim nie działa tak, jak praca na etat. Są sytuacje, że nie da się wziąć zwolnienia. Nikt nie przełoży terminu określonego w unijnym przetargu z powodu choroby dziecka wykonawcy. Nie mówiąc o tym, że i ja, i Robert również się zaraziliśmy. Na szczęście po kolei. Jeden tydzień chorowałam ja, drugi Robert. Dobrze, że istnieje gripex.

Do tego miałam wyrzuty sumienia w stosunku do starszaków. To najwspanialsze dzieci, jakie mogłam sobie wymarzyć. Oboje są pełni zrozumienia dla sytuacji, ale to nie oznacza, że nie mają potrzeb, że nie czują się źle z tym, że mama znów nie ma dla nich czasu.

Pola z powodu gorączki na zmianę jęczała i krzyczała. Wojtek pozbawiony zainteresowania rodziców na zmianę jęczał i krzyczał. “Mamo” padało co 10 sekund. Starszaki chowały się w swoich pokojach, bo miały dość wrzasków.

Wszystko to doprowadziło mnie do stanu, w którym potrafiłam wypowiedzieć tylko jedno zdanie: niech ktoś zabierze ode mnie te dzieci! Jeszcze pół roku temu w życiu bym się do tego nie przyznała. Bo przecież sama podjęłam decyzję o powiększeniu rodziny (no, nie do końca sama, bo z Robertem), wiedziałam, na co się piszę i jak wygląda macierzyństwo. Tego typu wyznanie utożsamiałam z powiedzeniem “żałuję, że mam dzieci” i z przyznaniem racji tym, którzy twierdzą, że czwórka dzieci to zły pomysł, że zawsze się coś zaniedba. Teraz mam świadomość, że moje nerwy to mieszanka zmęczenia, strachu o zdrowie Poli, ciężaru odpowiedzialności za rodzinę oraz tak prozaicznej przyczyny, jak niedobór potasu.

Czy dzięki temu nie mam wyrzutów sumienia gdy odpoczywam? Oczywiście, że mam. Wiem jednak, że odpoczynek jest ważny w procesie nabierania sił do dalszej walki (Wojtkowi właśnie podniosła się temperatura do 38,9°C). Nauczyłam się też, że wychowywanie dzieci jest tak trudnym procesem, że zmęczenie jest zupełnie naturalne. Kiedyś, gdy ktoś mi powiedział “odpocznij”, wściekałam się i miałam ochotę zapytać “ciekawe, jak to zrobić”. Dzisiaj nadal nie wiem jak, ale próbuję 😉

Z tego właśnie powodu zostawiłam maluchy z Robertem i ze starszakami udałam się na spacer po mieście. Odwiedziliśmy krakowski rynek i Wawel. Pogadaliśmy. Porobiliśmy zdjęcia. Ten wypad wyszedł na dobre mnie, starszakom, ale też maluchom. Dzisiaj pełna sił i cierpliwości mogę w nieskończoność tulić Wojtka, negocjować sprzątanie zabawek z Polą, przymykać oko na bałagan wokół, w międzyczasie zająć się pracą i nie przejmować się, że ugotowałam tylko zupę zamiast dwudaniowego obiadu. Doszłam do tego, że zmęczenie jest normalne, trzeba je zaakceptować, a do odpoczynku podejść zadaniowo. Jest niezbędny do ogarnięcia całej reszty.

Ach, zapomniałabym. Zdjęcie z góry zrobiła wczoraj Gabi.

Dodaj komentarz