mama
Ania,  Wychowanie

Mama

Gdyby ktoś zadał Ci pytanie “kogo podziwiasz najbardziej?”, na które musisz odpowiedzieć w ciągu dwóch sekund i bez zastanowienia, to jaka byłaby Twoja odpowiedź? Ja rzucam od razu: moja mama! I chociaż, gdy byłam nastolatką, uważałam ją za mojego największego wroga, to teraz, gdy jestem już dorosła i sama mierzę się z wychowywaniem dzieci, chciałabym chociaż w połowie zrobić wszystko tak dobrze, jak ona to robiła. I robi nadal!

Nie jest łatwo opisać mi to, jaka była, gdy byłam dzieckiem. Bo z jednej strony dbała o mnie, jak nikt inny, a z drugiej nie wyręczała mnie w zadaniach. Kiedyś przyszłam do niej z pretensjami, że wszystkie mamy pomagają swoim dzieciom w lekcjach, robią za nie zadania z plastyki, tylko ona nie. Czułam się naprawdę pokrzywdzona, gdy oddawałam koszmarnie wyhaftowaną serwetkę na zajęcia techniki, podczas gdy moje koleżanki przynosiły istne dzieła sztuki i rumieniły się z dumy od pochwał nauczycielki. Doceniłam to pod koniec liceum, gdy okazało się, że nie mam sobie równych w wyszukiwaniu i wykorzystywaniu informacji. Do tej pory wielu rzeczy uczę się sama, potrafię to robić, a zdobywanie nowej wiedzy i nabywanie nowych umiejętności sprawia mi niewymowną przyjemność. Zawsze ceniła samodzielność i starania. Nigdy nie wymagała czerwonego paska i nie robiła wyrzutów za złe oceny.

dzień matki

Moja mama nauczyła mnie, że mam prawo do prywatności. Nauczyła mnie, co to jest prywatność i że należy ją szanować. Zarówno swoją, jak i cudzą. Nigdy nie przeszukiwała moich kieszeni ani plecaka, chociaż dobrze wiedziała, że gdzieś tam schowane są papierosy. Gdy miałam 17 lat w mojej torebce zawsze była paczka pigułek antykoncepcyjnych. Wrzucona luzem. Nie musiałam chować jej pod podszewką plecaka, jak moje koleżanki. Mama nie sprzątała mojego pokoju, nawet gdy istniało podejrzenie, że mogła tam wyewoluować nowa cywilizacja. Zamykała tylko drzwi, żeby na to nie patrzeć. Moje rzeczy, to były moje rzeczy. Nikt ich nie ruszał, nie przeglądał, nie sprawdzał.

Gdy przechodziłam nastoletni bunt i zawalałam coś w szkole, szła i broniła mnie w niej jak lwica, a potem pomagała wyjść z opresji. Dawała wsparcie, narzędzia, ale nie robiła nigdy nic za mnie. Sama musiałam wypić piwo, które nawarzyłam.

Zawsze wierzyła we mnie, w moją inteligencję, w moje talenty. Chociaż miałam słomiany zapał, nie wyśmiewała moich kolejnych pomysłów i pozwalała mi się sprawdzić we wszystkich dziedzinach. Nigdy nie powiedziała, że nie dam rady, żebym odpuściła. Nadal we mnie wierzy i wspiera mnie we wszystkich pomysłach.

Moja mama osiągnęła ogromny sukces zawodowy, więc nigdy nie traktowała mnie, jak kogoś, kto powinien spełnić jej nieudane ambicje. Nie wypominała również, że nie poszłam jej drogą. Wiem, że czasem było jej głupio, gdy jej koleżanki opowiadały o swoich dzieciach kończących pięć fakultetów i podróżujących po świecie w ramach akcji charytatywnych, a ona mogła jedynie powiedzieć, że jej córka rzuciła studia pół roku przed ich ukończeniem, tkwi w popierniczonym związku i w ogóle nie wiadomo, co z tego będzie.

Moja mama, osiwiała z niepokoju, gdy popełniałam błąd za błędem, jednak pozwoliła mi je popełnić. Do tej pory czasem po cichu wspomina, że mogła mnie siłą zatrzymać w domu, ale obie dobrze wiemy, że nie mogła. Mam bardzo głupią cechę charakteru: gdy ktoś próbuje mnie do czegoś zmusić siłą, buntuję się i uciekam nawet wtedy, gdy wiem, że moje działanie jest nierozsądne, a ten ktoś ma rację. “Na złość mamie odmrożę sobie uszy” – to powiedzenie, które mnie idealnie opisuje. Jestem w stanie ponieść ogromne konsekwencje, byle tylko nie robić czegoś, co ktoś kazał mi zrobić.

Moja mama nie powiedziała “a nie mówiłam”, gdy mając niespełna trzydzieści lat wróciłam do domu z dwójką dzieci, z zawaloną szkołą i rozsypaną psychiką. Rany, ja nie wiem, jak ona tego dokonała. Nigdy nawet nie pomyślałabym, że odczuwa jakąś satysfakcję, że wyszło “na jej”. Przyjęła mnie bez słowa i pomogła stanąć na nogi. Nadal pomaga, bo ja do tej pory nie otrząsnęłam się całkowicie.

Pokazała mi, czym jest siła i determinacja. Chciałabym mieć chociaż malutką cząstkę takiego samozaparcia, jak ona. Nigdy nie narzekała, nigdy nie wypominała nam swojego zmęczenia, nigdy nie sprawiła, żebyśmy czuli presję jej poświęcenia. Gdy w jej życiu zrobiło się źle, potrafiła spakować nas w kilka walizek i bez niczyjej pomocy zacząć życie w kompletnie innym mieście zupełnie od nowa. Bez alimentów, 500+ i żadnego wsparcia. Mało tego, sama wspierała finansowo męża, od którego się wyprowadziła. Pracowała codziennie od siódmej rano do późnych godzin nocnych łącznie z sobotą, samodzielnie ogarniała cały dom, gotowała obiady, a w niedzielę piekła ciasto i zapraszała rodzinę do wynajmowanego mieszkania.

Nadludzkim wysiłkiem zabierała nas co roku na wakacje, urządzała święta takie, że wspomnienia o nich, są we mnie do tej pory żywe. Pokazywała swoją wartość, nauczyła wiary w siebie i zbudowała nasze (mój i mojego brata) kręgosłupy moralne. Nauczyła empatii i ufności w drugiego człowieka. Dzięki niej wiem, że wartości kobiety nie ocenia się przez pryzmat wyglądu, wagi, czy umiejętności prowadzenia domu, że wartości człowieka nie osądza się na podstawie zawartości portfela. To ona nauczyła mnie czytać książki, myśleć krytycznie, analizować i wyciągać wnioski.

Do tej pory pomaga mi, jak tylko może, ale co najważniejsze, nie narzuca się z tą pomocą, nie wypomina, nie krytykuje i nie podważa moich wyborów. I chociaż wiem, jak wiele rzeczy w życiu zapierniczyłam, nigdy nie dała mi odczuć, że jestem przez to mniej wartościowa.

Moja mama wychowała dwoje bardzo szczęśliwych ludzi. Życzę wszystkim takiej mamy. Życzę sobie i innym mamom, aby udało nam się chociaż w części być jak ona.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *