książki na półce
Ania,  Rozrywka

Dziesięć książek, które miały wpływ na moje życie

Bardzo się starałam, ale nie znalazłam mojej listy książek sprzed 5 lat, gdy ten łańcuszek był popularny. Nie pamiętam też, co się na niej znajdowało. Jedno jest pewne – różniła się od mojej dzisiejszej listy. Jak to mówią: tylko krowa nie zmienia poglądów.

Dużą część stanowić będą książki z mojego dzieciństwa, bo chyba najbardziej wpłynęły na mój światopogląd czy czytelniczy gust. Aktualnie męczę “Nieczułość” Martyny Bundy. Uparłam się, że przeczytam do końca, a czyta się lekko. W kolejce czeka jej “Kot niebieski”, bo usłyszałam od kilku osób, że to dobra autorka i kupiłam od razu wszystkie jej książki czyli dwie. Jak przeczytam tę drugą, to się wypowiem. Póki co, jestem zawiedziona.

Ale ruszajmy, bo to nie ma być recenzja Bundy, tylko lista dziesięciu najważniejszych książek w moim życiu.

1. “W pustyni i w puszczy” – wiadomix, że Sienkiewicz

No nie trawię Sienkiewicza i ciężko mi przyznać, że ta powieść znajduje się na mojej liście. Niestety wspomnienia z nią związane są we mnie żywe do tej pory, a ja cofając się w pamięci o 23 lata, dalej czuję smak soku pomarańczowego Donald Duck, który piłam, gdy Staś i Nel prawie umarli z pragnienia. Nie wiem, czy scena była tak przejmująca, czy moje kubki smakowe kształtowane na pustych półkach lat osiemdziesiątych przeżywały wtedy właśnie ekstazę, ale pamiętam do dzisiaj. Aaaa, sok przywiozła mi wtedy ciocia z Kielc.

2. “Ania z Zielonego Wzgórza” i kolejne części – Lucy Maud Montgomery

Z tą serią wiąże się rozczarowanie. Miałam z osiem lat i zbliżała się gwiazdka. Czekałam na lalkę Barbie. Wszystkie moje siostry cioteczne już miały. Pod choinką znalazłam wielką paczkę. Wielką i ciężką. W paczce były chyba wszystkie tomy o Ani i cała seria Tomków (w krainie kangurów itd.). Nie wiem jakim cudem moja mama wtedy te książki kupiła, ale w tamtym momencie byłam na nią potwornie obrażona. Prezent doceniłam później, około szóstej klasy podstawówki. A jak zaczęłam czytać, to przepadłam. Ania, to byłam ja. Moja egzaltacja była prawie na takim samym poziomie, tylko wstyd mi się było przyznać przed światem. Boschhhh, jak ja wtedy pragnęłam być sierotą, jak ona… Potem jeszcze przeczytałam wszystkie Montgomery z wiejskiej biblioteki gminnej.

3. “Tajemniczy Ogród” – Frances Hodgson Burnett

Książkę podsunęła mi mama, jak zresztą większość lektur. Treść trafiła na podatny grunt. Colin cierpiący z powodu choroby. W ogóle książki o nieszczęśliwych dzieciach wyjątkowo dobrze mi się czytało. Do siódmego roku życia byłam rozpieszczaną jedynaczką, a potem pojawił się mój brat, który wszystko zepsuł. Był jeden moment kiedy moje szczęście na chwilę wróciło, bo znów byłam z centrum zainteresowania rodziców, czyli pobyt w szpitalu po wstrząsie po podaniu zbyt dużej ilości penicyliny. Ale jak wyzdrowiałam, to znów ten mały gówniarz sprawił, że musiałam się dzielić mamą i marzyłam o nagłej chorobie, czy innym nieszczęściu.

4. “Saga o Ludziach Lodu…” Margit Sandemo, czyli teraz mi trochę wstyd

Ale gdy miałam około 13-15 lat pochłaniałam wszystkie jej książki. Później była “Saga o Czarnoksiężniku” i “Saga o Królestwie Światła”. Do tej pory Islandia stanowi moje największe podróżnicze marzenie. Na szczęście ta literatura popchnęła mnie w stronę fantasy i odkryłam naprawdę fajne książki.

5. “Irmina” – Janusz Domagalik

Nie jest to żaden fenomen, ani dzieło godne światowego uznania, ale powieść była dla mnie wstępem do prozy młodzieżowej. Po niej przeleciałam prawie całą serię portrety – “prawie”, bo ograniczał mnie zasób szkolnej biblioteki. Za Domagalikiem poszła Siesicka, następnie mama kupiła mi “Szaleństwo Majki Skowron” i podpowiedziała Musierowicz. Aaaa, dla ścisłości “Irmina” jest fragmentem książki “Zielone kasztany”.

6. Wiedźmin – Andrzej Sapkowski

Teraz na czasie. Wtedy też było. Książki pożyczył mi mój chłopak. Wojciech Nowak. Dzięki jego numerowi telefonu (kończył się 39-45) zapamiętałam datę wybuchu i zakończenia wojny. Wtedy mi się podobało i myślałam, przez całe swoje dotychczasowe życie, że to były świetne opowiadania. Jak na gust szesnastolatki – były. Całkiem niedawno Sapkowski napisał nowe przygody Wiedźmina. Kupiłam w dniu premiery. Usiadłam, wzięłam książkę do ręki, zaczęłam czytać i pomyślałam… “no heloł, stary, ale Ci poziom opadł”. W następstwie sięgnęłam po stare części i przekonałam się, że poziom mu nie opadł, tylko mnie wzrosły wymagania. Wiedźmina nie należy czytać po skończeniu dwudziestu paru lat.

7. “Mistrz i Małgorzata”, a więc poszłam do liceum. Michaił Afanasjewicz Bułhakow.

Zderzenie mistycyzmu z siermiężną Moskwą i to wyłuskiwanie ludzkich przyziemnych przywar za pomocą czarnej magii. Za pierwszym razem nie doceniłam uroku tej książki. Wróciłam do niej niedawno. Ach, jak chciałabym być Małgorzatą. Nago latać na miotle i pić spirytus podawany przez samego władcę piekieł na urządzonym przez niego balu. Póki co skupiam się na roli grzecznej żony i matki czworga.

8. “Smażone zielone pomidory” – Fannie Flagg

Czytałam w pierwszej ciąży. Był to czas, w którym połapałam się, że chyba niezbyt dobrze pokierowałam swoim życiem, ale jeszcze nie chciałam się przed nikim do tego przyznać. Nawet przed sobą. Całą ciążę miałam ogromną ochotę na mandarynki. Mój Eks (wtedy świeżo poślubiony mąż) wypominał mi, gdy za dużo na siebie wydawałam. A jego szanowna mamusia twierdziła, że w owocach jest kwas i urodzę pomarszczone dziecko. Rano wychodziłam z domu na uczelnię, wracając wysiadałam z tramwaju w okolicach mieszkania mojej mamy i kupowałam dwa kilogramy mandarynek. Szłam do mamy, w tajemnicy przed wszystkimi zjadałam kupione mandarynki i kładłam się spać. Czekałam aż mój mąż skończy pracę i po mnie przyjedzie. Razem wracaliśmy do domu. A w tej książce był facet oprawca. Była przemoc w stosunku do młodej i naiwnej żony. Była siła kobiet. Było wszystko, czego potrzebowałam, a więc nadzieja.

9. “Chłopiec z latawcem” – Khaled Hosseini

Pozostałe utwory tego autora już mnie tak nie poruszyły. Opowieści o cierpiących Muzułmankach jest wiele. Ta jedna była o mężczyźnie i tym się wyróżniła. Szczegółem, który sprawił, że jest na liście moich najważniejszych książek, były emocje jakie we mnie wywołała. Zawsze fascynowała mnie ludzka natura. Mam problem z odczytywaniem uczuć i przeżyć innych ludzi, więc lubię, gdy ktoś podaje mi je na tacy. A tu mamy studium moralności w zderzeniu z dziecięcą potrzebą poczucia bezpieczeństwa. Jest to książka o dojrzewaniu, o zakłamaniu, o cierpieniach związanych z przyjściem na świat w określonej kulturze. No polecam. Filmu nie oglądałam. Chyba. Albo nie zrobił na mnie wrażenia, bo nie pamiętam.

10. “Wyznaję” – Jaume Cabré

Najpierw było ciężko. Kompletnie rozwaliło mnie to przeskakiwanie między narracją pierwszo- a trzecioosobową w jednym zdaniu. Przeskakiwanie w czasie, przestrzeni, historii. Pierwsze wrażenie to chaos. Gdy pojęłam, że to celowy zabieg autora, zaczęłam od nowa, ze zrozumieniem. Następnie dowiedziałam się, że Cabré pisał tę powieść mając zaawansowanego alzheimera i potraktowałam ją, jako świadectwo choroby. Do tego muzyka. Tekst tej książki płynie, tańczy, gra. Język, jak w przypadku większości pozycji literatury iberyjskiej, porusza się po granicy grafomanii. Sama widzę u siebie duże braki w płynności wypowiedzi (najchętniej wszystko pisałabym w formie tabelek w excelu), więc uwielbiam teksty tłumaczone z katalońskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Nawet w przekładach wyczuwa się bogactwo i melodię tych języków. Robert mi oczywiście prawie popsuł odbiór książki zwracając uwagę na nieścisłości historyczne. Prawie, bo przymknęłam na ten fakt oko.

11. Kurczę pieczone, miało być 10.

Nie wymieniłam Pratchetta – kocham, uwielbiam, ubóstwiam. Czytam zawsze, gdy mi źle i muszę odpocząć. Nie wymieniłam Fleszarowej-Muskat, z której bohaterkami odzyskiwałam stabilność emocjonalną. One po wojnie, ja po nieudanym małżeństwie. I o wielu innych nie napisałam. Czytałam przecież książki, które warsztatowo były dużo lepsze od tu wymienionych. Czytałam klasykę literatury. Albo książki, które poruszyły mnie bardziej, chociaż mniej je zapamiętałam. Jeszcze “Nana” Zoli i “Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Bronte, bo mnie wkurzyły, “Zew krwi” Londona, bo odkryłam przy niej, jak wrażliwą mam córkę. I poezja Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z tomika podkradanego z półki mamy, gdy miałam 12 lat. I jeszcze, jeszcze…

PS. Roberta listę znajdziecie tutaj KLIK

Ps2. Zapomniałam o Whartonie!

10 komentarzy

Pozostaw odpowiedź Ania Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *