You are currently viewing Aborcja
Sitting upset woman and teddy bear. Selective focus. Break up concept

Aborcja

Rzadko się wypowiadam na ten temat. Będzie o aborcji. Część z Was jest tu na tyle długo, że pamięta czasy “sprzed Roberta” i to, jak go poznałam. Dla tych, którzy są nowi, przypomnę. Mniej więcej 6 lat temu napisałam post o idealnym mężczyźnie, którego chciałabym poznać. Za przykład dałam kilku facetów ze świata kultury, którzy mi się podobali. W tym gronie znalazł się pan Miłoszewski. Znalazł się, bo niezwykle porwała mnie postać Szackiego z pierwszej części trylogii o tymże prokuratorze. A poza tym uwielbiam takie “ciepłe” spojrzenie, jakie pan Zygmunt posiada. Robert skomentował ten wpis, przez co trafiłam na jego bloga, zaczęłam czytać i przepadłam. Ale nie to jest przedmiotem postu. Tematem będzie ostatnia wypowiedź wspomnianego pisarza:

Mnie tak naprawdę PiS nie dotyka, bo jestem zamożny. Moje młodsze dziecko chodzi do prywatnej szkoły, żeby się nie uczyć bez przerwy o Janie Pawle II i o tym, że trzeba gonić geja. Moja żona albo córka, gdyby były w niechcianej ciąży, to następnego dnia będziemy w hotelu w Amsterdamie i jeszcze zrobimy sobie z tego fajną wycieczkę po Europie.”

Nie jestem zamożna. Trochę z wyboru. “Trochę”, bo nie wiem, jak by się moje starania o zamożność potoczyły. A “z wyboru”, bo to nasz wybór, mój i Roberta, że pierwsze lata życia naszych dzieci poświęcimy na ich wychowanie kosztem kariery zawodowej. Moje starsze dzieci chodzą do szkół publicznych. Nie chodzą na religię, bo same z niej zrezygnowały. Nie jesteśmy wierzący. Nigdy nie były z tego powodu prześladowane. Nikt nigdy nie kazał im “gonić geja”. Piotrek ma masę znajomych ze społeczności LGBT. Dla nas nie liczą się poglądy polityczne, orientacja płciowa, zasobność portfela czy gust muzyczny. Liczy się człowiek, jego kręgosłup moralny i stosunek do innych ludzi. Reszta to pierdoły.

Jaki jest mój osobisty stosunek do aborcji? W sytuacji, w której się znajduję, nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Łatwo się o tym mówi na kanapie z kubkiem ciepłej kawy w dłoniach. Nie wiem, jaką decyzję podjęłabym, w innych warunkach. Na przykład w sytuacji zagrożenia życia. Bo moje życie nie jest tylko moje. Moje życie to aktualnie przede wszystkim odpowiedzialność za czwórkę innych zależnych ode mnie ludzi, czyli moich dzieci. Aborcja to temat trudny, niejednokrotnie dramat, i nigdy, przenigdy, nie pozwolę sobie na ocenianie kobiety, która taką decyzję podejmuje.

Raz zdarzyło się, że byłam w sytuacji, w której czaiło się nade mną widmo terminacji ciąży. Była to moja czwarta ciąża. Na USG genetyczne wybrałam się spóźniona na przełomie 22 i 23 tygodnia. Z badania wyszło duże ryzyko zespołu Downa. Lekarz skierował mnie na dodatkowe badania. “Tylko jeszcze dziś” powiedział i zaczął wyszukiwać adresy jednostek, które przyjmą mnie wieczorem. “Jeszcze dziś, bo nie zdążymy”. Nie załapałam w pierwszej chwili, o co mu chodzi. Potem do mnie dotarło. Terminację ciąży ze względu na ciężką chorobę płodu wykonywało się wtedy do 24 tygodnia. Udałam się grzecznie na kolejne testy, ale zadzwoniłam do lekarza i powiedziałam, że robię je tylko po to, aby móc się przygotować na przyjście na świat chorego dziecka, gdyby diagnoza się potwierdziła. Na szczęście okazało się, że Wojtek jest zdrowy. Tydzień oczekiwania na wyniki, był jednym z najgorszych w moim życiu.

Nie jestem zwolenniczką aborcji na życzenie. Moim nastoletnim dzieciom powtarzam wielokrotnie, że seks zawsze wiąże się z ryzykiem. Że nie ma stuprocentowej metody antykoncepcyjnej. Że decyzja o podjęciu współżycia musi być odpowiedzialna. Nie robimy z seksu tematu tabu. Jestem świadoma, że młodzież nie żyje w abstynencji. Chcę, aby moje dzieci czuły się w świecie bezpiecznie, nie bały się rozmowy i wiedziały, że w razie czego mogą się zwrócić do mnie o pomoc. Temat traktujemy poważnie. I wtedy w kluczowych mediach pojawia się Zygmunt Miłoszewski ze stwierdzeniem:

Moja żona albo córka, gdyby były w niechcianej ciąży, to następnego dnia będziemy w hotelu w Amsterdamie i jeszcze zrobimy sobie z tego fajną wycieczkę po Europie.”

Nie wyobrażam sobie, aby mój mąż miał tak lekceważący stosunek do mojej kobiecości! Do jasnej cholery, aborcja to nie jest wycieczka do KFC! To poważna decyzja niosąca za sobą wiele zdrowotnych skutków! Nawet abstrahując od jej moralności, bo podejście różnych grup społecznych do tematu jest różne.

W dzisiejszych czasach aborcję przeprowadza się najczęściej metodą farmakologiczną. Jeżeli ktoś jest niezorientowany, TUTAJ może o tym poczytać. Link prowadzi do strony feministycznej organizacji. Celowo. Tylko w ten sposób nikt z lewej strony nie zarzuci mi linkowania do “oszołomskich” portali. W skrócie aborcja farmakologiczna polega na przyjęciu dwóch tabletek. Pierwsza prowadzi do obumarcia płodu. Druga tabletka wywołuje skurcze macicy. Takie same jak skurcze porodowe. Bolesne skurcze. Szczerze, nie wiem, jak bardzo boli ronienie. Nigdy tego nie przeżyłam. Z relacji bliskich mi kobiet wiem, że boli bardzo. Fizycznie. Nie jest to ból brzucha jak w trakcie okresu. Druga kwestia to zaburzenie gospodarki hormonalnej. To, czego można się spodziewać, to bóle głowy, brzucha, wymioty, ogromne zmęczenie – przez kilka tygodni zanim organizm odzyska równowagę. Po zwykłym porodzie, do którego nasze ciało jest fizjologicznie przygotowane, połóg trwa 6 tygodni. Hormony szaleją nawet przez rok.

I pan w swoim szacunku do kobiet wyskakuje z pomysłem wycieczki przy okazji. Proszę sobie wyobrazić: wychodzimy z domu Anny Frank – to dobra “atrakcja” turystyczna żeby się odpowiednio nastroić – łykamy tabletkę poronną, zagryzamy frytą z majonezem, i siup – w cudownych nastrojach – pędzimy do Rijksmuseum. Szybciutko, bo przecież van Gogh już na nas czeka. On sobie odciął ucho, a my właśnie radośnie pozbyliśmy się płodu. Ach, co za wspaniała wycieczka!

Tylko że z aborcją żyje się do ostatniego dnia swojego życia. Nie wierzę, że kobieta, która nawet w swoich poglądach uznaje płód za nic nie znaczący zlepek komórek, która zaciekle broni prawa do życia kornika drukarza, nigdy po takiej decyzji, nie pochyli się nad nią po kilku latach. Po prostu nie wierzę, że ludzie mogą być tak wyprani z uczuć.

Jak bardzo lekceważący w stosunku do kobiet trzeba mieć stosunek, żeby wypowiedzieć publicznie zdania, które pan wypowiedział z taką lekkością?

Bardzo często w różnych dyskusjach przytaczam jeden fragment pana książki. Nie pamiętam go dokładnie, ale sens jest mniej więcej taki: Szacki wypowiada się, że najbardziej boi się ludzi, którzy popadają w skrajność w podejściu do różnych spraw. Tak politycznych, jak i oddaniu się jakiejś pasji. Że w swej karierze prokuratora widywał już żony zamordowane w afekcie za to, że przypadkiem wciągnęły odkurzaczem jakiś wyjątkowy znaczek. A może to nie Szacki… To ma najmniejsze znaczenie. I powiem panu, panie Miłoszewski, że powinien pan się zacząć obawiać samego siebie. Bo polityka przysłoniła panu empatię do drugiego człowieka, a przede wszystkim do własnej żony i córki.

Kobiety, które decydują się na aborcję, podejmują cholernie trudną decyzję. Tego się nie da zagryźć frytą z majonezem.

Dodaj komentarz