Kraków
Robert,  Rozrywka,  zwiedzanie

Kraków bez przewodnika

(Wpis z bloga sprzed 5 lat)

Jestem na Kazimierzu, w jednej z najwcześniej powstałych, powojennych knajp. To widać. Jest staro. Przy otwieranych jak grzyby po deszczu, nowoczesnych, designerskich lokalach, ten wygląda jak z odległej epoki. Wyróżniają go stoliki zrobione z singerowskich maszyn do szycia.

Przy Meiselsa Steven Spielberg nakręcił kilka scen do swojej Listy Schindlera. Na pamiątkowych zdjęciach rozpoznaję dziesięcioletnią Annę Muchę. Wajda, Spielberg…Taki start! I co? I nic! Radzi sobie dziewczyna, jest inteligentna, atrakcyjna, spełniona rodzinnie, zamożna, ale aktorką nie będzie.

Mijam długi, wysoki mur. Jeżeli mijacie w Krakowie jakieś długie, wysokie mury, to za nimi na pewno są kościoły, zakonne parki, ogrody, a nawet poletka gdzie rosną pomidory i ziemniaki. W ścisłym centrum, tuż przy Plantach! Braciszkowie i siostry szczelnie odgrodzili się jednak od rzeczywistości. Rzadko udaje się tam wejść. Wchodzę na Skałkę.

Atakuje mnie papież – ołtarz – pomnik. Paskudny, jak wiele tego typu pomników-krzyży. Rozłożyliśmy Wielkiego Polaka na tysiące figurek , ulic i skwerów. Jego słowa przełożyliśmy na obrazki zamiast na życie. Męczący widok. Kraków też wydaje się zmęczony i trochę zły, przytłoczony krzyżami, kościołami i zakazem wstępu do niemal wszystkich, zamurowanych ogrodów. I protestuje, szydzi, wstydzi się, po cichu, dyskretnie, w sieci, zamieszczając celne albo niemądre memy o brzuchatych biskupach i ich dzieciach. Połowa poznanych przeze mnie ludzi nie chce mieć z kościołem nic do czynienia. Część z nich jest w stanie odmrozić sobie palce w bezmyślnym, dziecinnym proteście, byleby tylko zrobić na złość czarnym.  Druga połowa nie może doczekać się przyjazdu Franciszka w przyszłym roku. W konflikcie ideologicznym, jak w lustrze, widać wieloletni polski spór. O co? Nikt już tego nie pamięta. Rozłożyliśmy go na atomy i punktujemy się drobiazgami. Obie strony usypały wysokie, obronne wały a pośrodku wykopały głęboki rów. Bez mostu, bez możliwości jakiegokolwiek porozumienia. Tego się już nie poskleja – powiedział poeta Marek Rymkiewicz. To prawicowy oszołom – odpowiedzieli jego wrogowie.

Uciekam z Kazimierza na Wawel. W Katedrze największy tłum okupuje trumnę bohatera z przypadku/tragedii. Tatusiowie wolno tuptają ze swoimi pociechami. Pingwiny skrzyżowane z lemingami. A kto to był Józef Poniatowski? – pyta malec ojca. Taki król był. A ten? – to Kościuszko, walczył w powstaniu.  A Batory? – statek – błysnął humorem tatuś. Dużo mówią, niewiele mają do powiedzenia. O! Kule armatnie! Wreszcie coś ciekawego! Takie kule synu, jak wybuchną to…  Dalej nie słucham. Dobrze, że w ogóle tu przyszli.

Plac Wielkiej Armii Napoleona. Jedna z bardziej zagadkowych nazw w mieście. Dlaczego nie Plac Napoleona? Wielka Armia kojarzy nam się z wielką kleską tejże w czasie wyprawy na Rosję. Zaczynam się zastanawiać co urzędnicy z magistratu chcieli upamiętnić, a co wyszydzić. Nie zastanawiam się długo, bo moją uwagę przykuwa szachownica. Podchodzę bliżej. Szachownica się porusza. Zgrabnie się porusza. To spodnie w czarno-białą kratę ściśle opięte na pupie właścicielki. Jeszcze bliżej. Słyszę muzykę. Salsa. Do okulisty muszę iść! Dopiero teraz spostrzegam kilka innych, tańczących par. Są i mężczyźni. Tylko po co?

Kolejne szachownice napotykam sto metrow dalej. Tu nikt już nie tańczy. Starsi, zmęczeni panowie w skupieniu rozgrywają partie niezrozumiałej, zapomnianej gry w szachy. Emeryci, renciści, zarośnięci, zaniedbani… Obok nich leżą reklamówki z wodą, piwem i kanapkami. Spędzaja tu wiele godzin dziennie. To lepsze niż oczekiwanie na śmierć przed telewizorem.

Wracam Kanoniczą, potem Grodzką na Rynek. Po drodze zaglądam do księgarni. Houellebeck przegrywa jednak z widokiem dwóch kobiet. Młode, bardzo atrakcyjne. Co z tego, że mają różowe walizki? To stereotyp. “Wiesz, ja nie lubię sklepów z książkami, chodźmy stąd” – mówi jedna. Sklep z książkami! Czar prysnął. Nie jak bańka mydlana, jak kartacz wypełniony ołowianymi kulami. Była piękna i po cholerę się odzywała? Wracam do książek.

Od Grodzkiej do Rynku trwa muzyczny festiwal, na ogół utalentowanych grajków. Jakimś cudem nie ma rumuńskich akordeonistów – zmory warszawskich ulic i tramwajów. Jest Bach, Metallica, jazz, Ave Maria, a na Małym Rynku kiermasz pierogów z obowiązkowym disco polo. Mickiewicz z pomnika słucha gitary Imada Faresa, ale tylko piętnaście minut. Potem musi podziwiać hip hop. I tak na zmianę. Siadam u stóp wieszcza. Młodzi kończą występ, a to znak dla gitarzysty. Im dłużej siedzę, tym początkowe wrażenie rynkowego chaosu zaczyna ustępować miejsca logicznemu porządkowi. Restauracje z wszechobecnym piwem rozłożone są szczelnie wzdłuż ulic, grajkowie sobie nawzajem nie przeszkadzają, pamiątki tylko w Sukiennicach, kwiaciarki od lat w tym samym miejscu, konne bryczki – w rzędzie, cierpliwie czekają na turystów. Nawet Anglicy jakby mniej pijani, grzeczniejsi, pokorniejsi.  Może wreszcie dotarło do nich, że nie są pępkiem świata i poza Londynem też jest cywilizacja?

Kraków jest niezwykły. Nie nudzi się. Po dwóch miesiącach spędzonych w Rynku i okolicach wyłonił mi się obraz nieco inny niż ten znany z folderów, ale to wcale nie znaczy, że gorszy. Dzięki zabytkom, kościołom, muzeom, wielkiej historii, ale też knajpom na Kazimierzu, czy kiełbasie z Niebieskiej Nyski o trzeciej nad ranem, miasto trzyma dystans do współczesności. Pewnie niezamierzony ale wyczuwalny. Dzięki awersji do telewizji, dość powszechnej u Krakusów, omijają  ich kolejne odcinki “Barw szczęścia”, ale też widok Sejmu i okolic. Wolą widok Wawelu. Nie dziwię im się.

Zdjęcie główne w artykule: Remigiusz Prochowski

13 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *