Gdańsk
Robert,  Rozrywka,  zwiedzanie

Pięć polskich miast, które musisz poznać przed śmiercią

Nie zobaczyć, przejechać przez nie w drodze nad morze, czy w góry, ale zwiedzić, poznać, trochę się w nich ponudzić. Ten mały ranking najpiękniejszych polskich miast nie obejmuje ludzi w nich mieszkających. Jestem typem mruka, samotnika, nie przepadam za tłumami turystów snującymi się po deptakach, wpatrzonymi zgarbionym wzrokiem w swoje smartfony.  Jak zatem zwiedzić miasto nie przepychając się między ludźmi z kebabami, goframi, lodami i balonikami z Macdonalda w ręku? Trzeba wstać o czwartej nad ranem. Sposób ten wypróbowałem w Wenecji i polecam wszystkim. Macie wówczas trzy godziny zwiedzania najpiękniejszego miasta świata w ciszy, spokoju, ze wschodzącym słońcem w tle. Około siódmej zaczynają wychodzić pierwsze aparaty fotograficzne z doczepionymi do nich Japończykami i Chińczykami. O ósmej jest już tłok, o dziesiątej uciekamy na Burano.

Ale ten wpis będzie o polskich miastach, w zasadzie tylko o ich skromnych częściach – starówkach, rynkach, centralnych placach. Reszta, składająca się z osiedli, blokowisk i galerii handlowych jest wszędzie tak samo nudna i brzydka. Nie będę też opisywał zabytków i muzeów, od tego są przewodniki. Ranking jest subiektywny, sentymentalny i obejmuje tylko pięć miast, w których byłem, nie pamiętam ile razy, a do niektórych z nich jeżdżę co roku. Nie ma tu Poznania, Szczecina, Wrocławia, Tarnowa, Sandomierza, bo byłem tam tylko raz czy dwa, a to za mało by je poczuć. Z kolei  Kazimierz nad Wisłą odwiedziłem kilkakrotnie ale… Stoisz na pięknym rynku, robisz dziesięć kroków i nagle orientujesz się, że miasto się skończyło. Dlatego nie będzie też urokliwych, małych miejscowości. To osobna kategoria. Mają swój klimat (Puck), potencjał (Bystrzyca Kłodzka), wspaniałe mury obronne (Paczków), bezcenne zabytki (romański kościół w Kruszwicy – nie mylić z Mysią Wieżą), zapierają dech, mimo niepozornych rozmiarów (Ostrów Lednicki), czy po prostu są najfajniejsze, bo chodziłem tam do przedszkola (Słupsk) i na plażę (Ustka). Dzisiaj – tylko duże miasta, dużo przymiotników, dużo naj.

1. Gdańsk, czyli romantyczny manieryzm z żurawiem w tle.

To absolutny numer jeden na liście. Najpiękniejsze miasto w Polsce z najładniejszym Starym Miastem. Długi Targ śmiało może konkurować z podobnymi w Amsterdamie czy Norymberdze. Na wstępie mała uwaga przeznaczona dla mądrych inaczej, frustratów, poszukiwaczy taniej sensacji i tych, dla których polskość to nienormalność. Nie uwierzycie! Gdańsk jest polskim miastem. Nie niemieckim. Był w polskich granicach już za Mieszka I, ma z naszym krajem najdłuższe związki w tym, ponad trzystuletni okres swojej największej świetności. Pod pruskim zaborem znacznie podupadł i dopiero po wojnie odzyskał dawny blask. Co z tego, że mieszkali w nim Niemcy? Mieszkali też Polacy, Szwedzi, Holendrzy. We Lwowie żyją teraz Ukraińcy ale to najbardziej polskie z polskich miast. Gdańsk mocno ucierpiał w czasie II wojny. Podniesiony z ruin, był odbudowywany jeszcze do końca lat siedemdziesiątych XX wieku. Co warto zobaczyć w Gdańsku? Wszystko. Każdy budynek to perełka, Dwór Artusa – prawdziwy klejnot a ulica Mariacka (równoległa do Długiego Targu) jest jedną z najładniejszych w Europie (czyli na świecie).

Najpiękniejszy polski film z piękną Tuszyńską i brzydkim Cybulskim ”Do widzenia, do jutra” kręcono w Gdańsku. Tu można obejrzeć ”Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga, który dla miasta zdobyli w XV wieku  kaprowie (królewscy piraci).

Od lat 70-tych XX wieku Gdańsk tworzył naszą najnowszą historię cały czas czekającą na rzetelne (zgodne z prawdą) opisanie. Janek Wiśniewski, stocznie, strajki, Wałęsa, Walentynowicz, Solidarność… Czapki z głów! Jesteście w Gdańsku!

2. Gdynia – czyli znaczy kapitan.

Gdynia Główna Osobowa – pociąg skończył bieg. Tu przesiadam się w kolejkę na Hel. Mam godzinę do odjazdu. Oczywiście, że zdążę! Albo pojadę następną. Od szczenięcych lat osiemdziesiątych, co roku tak samo. Najpierw w ul. Radtkego, po lewej mijam targowisko, zapach świeżych ryb to mój drugi, ulubiony zapach świata. Z Radtkego skręcam w 3 Maja. Mijając modernistyczne budynki z lat dwudziestych kieruję się na Skwer Kościuszki. Nabrzeże, ORP Błyskawica, Dar Pomorza, kuter rybacki przerobiony na MS Dziwadło Dla Turystów, dalej: Akademia Morska, Akwarium,  pomnik Conrada i koniec stałego lądu. Bałtyk. Jeżeli nie wiecie jak wygląda okno na świat nie w przenośni ale naprawdę, to musicie tu przyjść. Turyści rzadko docierają do tego miejsca bo daleko i  nic tu już nie ma.  Siadam na ławeczce obok mocno starszego pana.

-Dzień dobry, można?

Nawiązuje się krótka rozmowa. Starszy pan był marynarzem, kapitanem albo tylko tak mówi, ale przyjemnie się go słucha. Pływał jeszcze przed wojną na MS Piłsudski, potem na Darze Pomorza.

– Muszę wracać, mieszkam niedaleko ale sił już brak. Do widzenia młody człowieku.

Ja też wracam, prawie biegnę, zaraz mam pociąg. Myślę o kapitanie. Zwalniam przy fontannach. Olśniło mnie. Czyżby to ON? Nie, na pewno ktoś inny. A jeżeli ON? Znaczy, kapitan? (*)

Jest Gdańsk, jest Gdynia to musi być i Sopot. Nie, nie musi i nie będzie. To tak, jakby między Beethovena i Mozarta wcisnąć disco polo, między AC/DC i Metallicę zespół Boys, czy Weekend. Nie da się. Lans na plaży w Sopocie to jak chodzenie z nartami po Krupówkach. Nie moja bajka.

(*) – tak, to był Karol Olgierd Borchardt

3. Kraków, czyli oddajcie Poniatowskiego.

W Krakowie jest ciemno. Po zmroku latarnie niby świecą, ale jakoś tak oszczędnie.

W Krakowie są najwspanialsze skarby naszej kultury, ale w drodze do Skarbca i Zbrojowni na Wawelu musimy minąć ludzi przyklejonych do ściany, poszukujących życiodajnej energii.

W Krakowie wszystko musi być inaczej. W całej Polsce ulica Wiślana nazywa się Wiślana, ale nie w Krakowie – tu jest Wiślna. O, nawet komputer podkreśla ją na czerwono.

Smok nie może być normalny i przypominać prawdziwego smoka. W Krakowie musi być sztuką przez duże SZ –  połączeniem Hasiora z Salvadorem Dali. W dodatku trzeba wysłać sms o treści Smok żeby zionął ogniem. REALLY!? Smok na esemesa? To może na żetony, jak wózki w Biedronce? Drodzy Krakowianie, w ten sposób nie uzbieracie pieniążków na metro. I nie róbcie stacji w Smoczej Jamie. Wiem, że wyszłoby taniej bo nie trzeba już kopać dziury, ale… Błagam! *

Będąc latem na Wawelu, przy zejściu do Smoka przywita was atrakcyjna młoda studentka. Na plakietce ma napisane: Obsługa Smoczej Jamy. Nie wiem czy musi być dziewicą ale takie work experience w CV jest do zdobycia tylko w Krakowie. Od razu wyobraziłem sobie rozmowę kwalifikacyjną z HR-owcem zagranicznej firmy:

– Więc obsługiwała Pani Smoczą jamę? No tak, czemu mnie to dziwi, jesteśmy przecież w Polsce, białe niedźwiedzie, czarownice, smoki…

Koniec kpin. Kocham Kraków. Za historię, Kazimierz, księgarnię z kawą na Rynku, za obraz (jak to jaki? w Polsce jest jeden obraz), za muzeum Schindlera, gdzie cudzoziemcy mogą się dowiedzieć kim byli tajemniczy naziści, i że w czasie wojny ginęli też Polacy a nie tylko Żydzi. W dzisiejszych czasach to duża odwaga tak otwarcie o tym mówić. I to nie jest ironia, niestety.

Kocham Kraków za zabytki, za to, że w całości miasto przetrwało niezniszczone przez wojnę. Niemcy zabronili robić powstanie? Sorry, nie mogę się powstrzymać.

Z Krakowem jest jak z własnym dzieckiem. Kochamy je bezwarunkowo, ale czasami nie lubimy, mamy dość.

Kraków to miasto królów. I tu mała prośba do Krakusów. Weźcie sobie ostatniego króla polski Stanisława Augusta Poniatowskiego (jest u św. Jana w Warszawie) i pochowajcie go w krypcie na Wawelu. W zamian oddajcie jego bratanka, najbardziej niedocenionego narodowego bohatera w historii. Józef Poniatowski związany był z Warszawą. Tu żył, pił, tańczył i walczył. Był tylko księciem i marszałkiem Francji. To dobra wymiana za króla.

* – rajcowie miejscy, na szczęście, wycofali się już z żałosnych smoczych sms-ów.

4. Warszawa, czyli cała Polska nienawidzi swojej stolicy.

Jest kilka niewytłumaczalnych zjawisk w przyrodzie: Trójkąt bermudzki, czarne dziury, białe skarpetki do sandałów i zwiększanie prędkości przez kierowców przed wjazdem do Warszawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić dlaczego posiadacze czterech kółek, w okolicach Janek czy Łomianek dostają małpiego rozumu i przyspieszają, wymijają, pakują się na trzeciego, trąbią, migają światłami. W związku z czym do centrum miasta wszyscy wjeżdżają wku…wieni. To samo jest z pieszymi. Po wyjściu z pociągu czy metra każdy leci na zbity pysk. Na ruchomych schodach wydzielono nawet osobną, lewą stronę dla tych, którzy MUSZĄ być na górze o trzy sekundy szybciej od pozostałych. Ponadto, w drodze z Centralnej do Rotundy (jakieś 400 metrów) musisz przepychać się między nachalnymi rozdawaczami ulotek, żebrzącymi naciągaczami, ankieterami, sprzedawcami rewelacyjnych golarek do ubrań, zbieraczami podpisów itp. Dwadzieścia lat mieszkałem w Warszawie, jestem tu codziennie i tylko raz nikt mnie na tej trasie nie zaczepił, ale policjanci dziwnie mi się wtedy przyglądali. Policja w mieście to temat na osobny wpis. Wszędzie jej pełno, ale turyści niech nawet nie próbują ich pytać o cokolwiek. Służbę w stolicy traktują jak karę, dopust Boży. Wlepią ci mandat za przechodzenie na czerwonym, ale nie dowiesz się od nich jak dojść do Ogrodu Saskiego. Policjanci w Warszawie najczęściej zajęci są pisaniem czegoś w swoich notesach. Zawsze mnie interesowało co oni tak namiętnie skrobią i wreszcie się dowiedziałem. To Sekcja Literacka Wydziału Prewencji. Przyszli Nobliści, laureaci Nike i Pulitzera.

Co jeszcze nie podoba mi się w Warszawie? Pałac Kultury, parking na Placu Defilad, blokowiska w centrum miasta, kilka paskudnych biurowców (PZU, Warty), oddziały banków na każdym kroku, nachalne reklamy, Hotel Victoria, nazwanie Placu Napoleona Placem Powstańców Warszawy.

Czy wiecie, że Warszawa nie była po powstaniu całkowicie zburzona? Po wojnie 60-70 % miasta można było odbudować. Można było, ale tego nie zrobiono. Nasi architekci, urzeczeni chyba koncepcjami Alberta Speera postanowili zbudować miasto od nowa. Skutek jest opłakany. Przed wojną Paryż Północy był określeniem trochę na wyrost, ale miasto mogło się podobać. Zostało z niego niewiele: Poznańska, Mokotowska, Miodowa, Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat. Uratowano niektóre pałace i zamki. Ogrody odzyskały dawny blask. W Saskim kaczki siadają obok Ciebie na ławce upominając się o chleb, w Łazienkach wystarczy wystawić otwartą dłoń, by po kilku sekundach usiadła na niej sikorka czy wróbel. Wiewiórki są gorsze niż sprzedawcy golarek do ubrań i ankieterzy. Karpie w stawie chyba nie mają skrzeli, bo cały czas pływają wynurzone i jedzą: chleb, bułki, pizzę, wafelki po lodach.  I tylko pawie mają wszystko w… piórach.

W Łazienkach czas płynie wolniej, w Ogrodzie Botanicznym stoi w miejscu, na Starówce cofa się o sto, dwieście lat. Razem z Prusem podziwiamy najładniejszy polski hotel. Dołącza do nas książę Józef.  Zsiada z konia i prosi by go zabrać do jego Pałacu pod Blachą, bo nie może już patrzeć jak się kłócimy i roztrwaniamy cudem odzyskaną wolność. Razem idziemy na Plac Zamkowy. Królowi Zygmuntowi tłumaczę czym jest wielki biało-czerwony koszyk po drugiej stronie Wisły, na który musi od kilku lat patrzeć. To stadion królu – Biedronka Arena, Jakiś Bank Arena – jeszcze nie wiemy, jak go nazwać. Królowi się nie podoba, rzuca w nas berłem. Prus chowa się w sklepie Wokulskiego, Pepi idzie do siebie pod Blachę, ja uciekam do Katedry św. Jana. Wszyscy już czekają. Do naszego ostatniego, pożal się Boże króla, mówię: proszę się pakować, załatwiłem królowi miejsce na Wawelu. Sienkiewicz, Piłsudski, Narutowicz, Wyszyński, Paderewski, Bacciarelli, Mościcki, Sosnkowski – zostają.

Wracam. Przy pałacu Staszica krzyczy do mnie Kopernik, machając sferą niebieską:

Uważaj!

Na co? – odpowiadam

Na fortepian.

Ale już raz się rozbił. O, tu niedaleko – pokazuję na przeciwległą stronę ulicy – drugi raz przecież nie spadnie.

Jesteś pewny?

Spoglądam na olbrzymie gmaszysko ministerstwa finansów, na pędzące na sygnale uprzywilejowane, rządowe limuzyny, na manifestację smoleńską zmierzającą pod prezydencki pałac, na kontrmanifestację, na policjantów zajętych pisaniem powieści w swoich notesach…

Nie, pewności nie mam.

5. Zakopane, czyli Tatry.

Bez Tatr Zakopane by nie istniało. Byłoby jednym z wielu grajdołków zakopanych w brudzie, smogu i spalinach z fontanną i pomnikiem papieża, od których roi się nasza prowincja. Widok na Giewont przekształcił w XIX wieku Krupówki i okolice w największy polski kurort, ze wszystkimi (niestety) tego konsekwencjami. Pazerność górali na dutki doprowadziła stylową, witkiewiczowską architekturę do granic śmieszności. Kultowy obiekt PTTK-u przy Zaruskiego przerobiono na hotelowy kombinat dla krupówkowych narciarzy. Widok Macdonaldsa przyprawia o mdłości. To chyba najbrzydszy lokal tej firmy w Polsce. Tłum turystów, pseudoturystów, wielbicieli kebabów, placków, gofrów, herbaty z prądem (przed przyjazdem do Zakopca chyba tydzień nic nie jedli) wygoniłby mnie stąd po pięciu minutach, gdyby nie Tatry. Dlatego miasto musiało się znaleźć w rankingu mimo, że nawet w jednym procencie nie dorównuje czterem pozostałym. To noclegownia, baza wypadowa z busami na Palenicę, Kościeliską czy do Kuźnic.

Ale nic, zupełnie nic wartego zobaczenia, poza Tatrami? Nie, jest całkiem sporo, ale nie dla kogoś kto przyjeżdża tu co roku i wszystko widział. Jeżeli jesteś pierwszy raz w Zakopanem to nie szwendaj się bez sensu w tę i z powrotem po Krupówkach tylko zejdź w dół, w stronę Gubałówki. Po lewej jest Muzeum Tatrzańskie. Odwiedź koniecznie. Nie chce się? Innym razem? Objadłeś się placków ziemniaczanych, popiłeś piwem i masz wzdęcia? Idź dalej, spacer dobrze ci zrobi. Jesteś przy ul. Kościeliskiej. Nie rób sobie zdjęcia z brudnym, białym misiem tylko skręć w lewo.  Jeszcze dwieście metrów, dasz radę. Lasek, kapliczka, mało ludzi – to tu. Gdy kiedyś pokuszę się o zrobienie listy najpiękniejszych polskich cmentarzy to zakopiański Na Pęksowym Brzyzku będzie numerem jeden. Pół hektara historii Tatr i Zakopanego: Makuszyński, Chałubiński, Witkiewicz, Tetmajer, Marusarzówna i wielu innych.

A teraz do Pięciu Stawów na szarlotkę.

12 komentarzy

  • Avatar
    Kasia H.

    Wszystkie znam i wszystkie odwiedziłam. W 100 procentach zgadzam się z Gdańskiem – jak dla mnie to najpiękniejsze polskie miasto. Warszawę zamieniłabym na Wrocław 🙂

    • Avatar
      Robert

      Spora część Wrocławia jest w Warszawie od lat. Do odbudowy naszej Stolicy używano cegieł ze zniszczonych wrocławskich budynków. Zresztą nie tylko wrocławskich, co było jedną z przyczyn niechęci do Warszawy całej Polski. Wrocław jest bardzo ładny, ale byłem tam tylko raz. W Warszawie mieszkałem długo. W Warszawskich kinach obejrzałem wszystkie filmy świata. I najważniejsze:w Warszawie Napoleon Bonaparte poznał Marię Walewską 🙂

  • Avatar
    Miejska Pustelniczka

    … a gdzie Wrocław? … to jedno z ciekawszych miast, gdzie przepięknie łączy się budownictwo średniowieczne z nowoczesnym … nie zgadzam się, że przed śmiercią trzeba odwiedzić Gdynię i Warszawę … to chyba zależy, kto co lubi … ja bym się bez tych miast obeszła …

    • Avatar
      Ania

      Nie będę odpowiadać za Roberta, więc tylko zacytuję początek wpisu: “Ranking jest subiektywny, sentymentalny i obejmuje tylko pięć miast, w których byłem, nie pamiętam ile razy, a do niektórych z nich jeżdżę co roku. Nie ma tu Poznania, Szczecina, Wrocławia, Tarnowa, Sandomierza, bo byłem tam tylko raz czy dwa, a to za mało by je poczuć.” 😉 Pozdrawiam

    • Avatar
      Gosia Ostrowska

      Wszystkie opisane miasta znam. Najmniej do gustu zdecydowanie orzypadlo mi Zakopane. Góry kocham ale samo Zakopane mnie nie uwiodlo.

  • Avatar
    Po prostu MAMA

    Znam wszystkie. Jeśli chodzi o Warszawę, to życie zmusiło mnie do poznania jej bliżej. Pragę polubiłam, Centrum toleruję, a resztę omijam jak mogę. Zakopane mnie nie powaliło, znam ciekawsze miejsca. Gdańsk mnie oczarował, Gdynia tak sobie, a Kraków kocham od dziecka <3

  • Avatar
    jerzy

    Z Warszawą jestem związany od 40 lat, kocham, znam i nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej. Nieźle znam Polskę, od lat jeżdżę 30-35 razy w roku na wycieczki, też kilkudniowe. Znam zupełnie nieźle wszystkie opisywane miasta. Dla mnie najpiękniejszy jest Wrocław, jeżdżę doń co roku i ciągle mi za mało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *