Ania,  Małżeństwo

Kiedy przestałam być szczęśliwa?

No właśnie? Czy to było wtedy, gdy klęczałam przy mężu z przerażeniem odczytując wskazanie ciśnieniomierza, czy może, gdy drżącym głosem rozmawiałam z dyspozytorem pogotowia?

Ostatnie dni przed “godziną zero” były bardzo intensywne. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, dostrzegam sygnały tego, co miało nadejść. Wtedy ich nie widziałam.

Gdybym tego dnia wieczorem dobrze się czuła i poszła spać, a śpię niezwykle mocno i głęboko, mogłabym już nie mieć męża. Mogłabym nie zauważyć, że coś jest nie tak.

Przez tydzień żyłam pomiędzy domem a szpitalem. Po tygodniu zepsuł nam się samochód. Od tego czasu WSZYSTKO idzie pod górkę. Wydatki się mnożą.

Mimo wszystko ten trudny czas pokazał nam, że nie jesteśmy sami. Z wdzięcznością przyjęłam mnóstwo ciepła, które otrzymaliśmy od rodziny i znajomych. Dzięki ludziom, którzy nas otaczają, dzięki mojej cudownej mamie, jestem spokojna, że te kilka miesięcy Robert będzie mógł poświęcić na powrót do zdrowia. Dzięki internetowi i wirtualnym znajomym mam szansę zarobić na rodzinę.

Kilka lat temu zaczęliśmy życie kompletnie od nowa. Z bagażem w postaci przeszłości. Bez oszczędności. Bez swojego mieszkania. Bez samochodu. Bez podstawowego wyposażenia – nie mieliśmy nawet szklanek. Kupiłam trzy garnki. Zupę nakładałam kubkiem. Pozostałych rzeczy ciągle się dorabiamy.

Nie wiem, czy było trudno. Byliśmy razem i było nam dobrze. Nadal jest nam dobrze, chociaż los stawia na naszej drodze coraz to nowsze wzniesienia. A my gramolimy się na nie i zachwycamy widokiem. Bo szczęście jest w nas. Te kilka lat nauczyło mnie, że to my sami jesteśmy za nie odpowiedzialni. I za to, żeby to szczęście pielęgnować.

Możecie spojrzeć na nas z boku i nie zauważyć większości problemów, które nas dotykają. Problemów, o których tu nie wspomniałam. Różnimy się od innych ludzi tym, że nie narzekamy. Gdy są takie dni, że mam ochotę wyć z bezsilności… idę i patrzę na lawendę, która zwariowała od październikowej pogody i zakwitła jesienią. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, jakie będą w tym roku święta, albo wtulam się w Roberta i wdycham jego zapach. Następnie podwijam rękawy i biorę się do roboty, nie oglądając się na to, co złego mnie spotkało, a skupiając się na tym, jak to naprawić oraz na tym, jak sprawić, by dzieci nie odczuły konsekwencji dotykających nas zdarzeń.

A gdy udaje mi się pokonać samą siebie, satysfakcja mnie rozsadza!

Czy jestem nadal szczęśliwa? Jestem. Mam na to sposób. Nie oglądam się na innych. Nie zazdroszczę. Nie obwiniam ludzi wokół za swoje zmartwienia. Doceniam rodzinę, szczególnie mamę. Wiem, że gdyby było mi źle samej ze sobą – mieszkanie, samochód, wakacje pod palmami nie rozwiązałyby tego problemu.

 Para ślub

6 komentarzy

  • Avatar
    takasytuacja

    Oj, już się poirytowałem tytułem… Robert się chwilowo “zepsuł” a Ty nie jesteś szczęśliwa…
    Ale na szczęście wszystko się wyjaśniło. Moim zdaniem “oddalonego obserwatora” tworzycie niezwykłe “stadko”. Ten przypadek tylko przypomina o tym, że nie jesteśmy niezniszczalni i trzeba umieć cieszyć się drobiazgami. O boszsz, sam siebie przeczytałem i już oszczędzę tych komunałów – na koniec – kochacie się, macie wspaniałe dzieci (aż czwórkę), żadne z Was już nigdy nie będzie same… Tylko żyć nie umierać! Cmoki!
    Tomek P.

  • Avatar
    takasytuacja

    …toteż napisałem “chwilowo”. On jest jeszcze z tego pokolenia, które jeśli nie zginęło w trakcie selekcji naturalnej, to będzie żyło długo. On zlizywał oranżadę w proszku z brudnej dłoni, jak skaleczył kolano to kładł na ranę listek, a w czasie wakacji jadł w każdym dostępnym zakładzie gastronomicznym co tam mieli…
    Jeszcze długo będzie Ci Aniu “uprzykrzał” życie. A jeśli chodzi o “tu i teraz” to podobno ciasta i wszelkie wypieki bardzo mu pomagają w odzyskiwaniu formy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *